jak juz pisalam, Korek cierpi na chorobe lokomocyjna, wiec zeby sie przyzwyczajac czesto jezdzimy samochodem na krotkie dystanse. wlasciwie powinnam napisac: cierpial, bo juz nie wymiotuje, chociaz dalej okropnie sie slini. nie wiem, czy to slinienie jest efektem mdlosci, czy stresu, w kazdym razie jest dosyc klopotliwe.
bo wciaz woze Korka na kolanach. zaczelam, zeby go kontrolowac kiedy wymiotuje (nauczyl sie robic to do torebki
), i tez troche dlatego, ze zal mi bylo malego szczeniaczka zostawiac samego w bagazniku
prosze sobie nie wyobrazac zamknietego bagaznika samochodowego – mowa o sporej, otwartej przestrzeni z tylu terenowki.
ale po pierwsze, Korek rosnie, i przestaje mi sie miescic na kolanach, a po drugie, jest bardzo klopotliwy (wierci sie i pluje na dystans
) nadszedl wiec czas na przeprowadzke do bagaznika.
naczytalam sie o klopotach z przyzwyczajeniem psa do samochodu, i bylam pelna pesymizmu. tym bardziej, ze zamiast polubic te nasze wyjazdy, Korek coraz bardziej niechetnie daje sie wsadzic do samochodu, a ostatnio wrecz wykonuje “w tyl zwrot” jak tylko na horyzoncie pojawiaja sie kluczyki. i zadne tam “oszustwa” typu wabienie smakolykami nie pomagaja.
no i spotkala nas niespodzianka.
pelna obaw (czy nie robie zle) odlowilam Korka spod drzwi, gdzie zwial czujac, ze szukuje sie podroz (zle, trzeba bylo go zachecic – ale, jak napisalam powyzej, zachecanie nie dziala).
wsadzilam go do bagaznika (zle, trzeba bylo pozwolic by sam wskoczyl – ale za zadne skarby by nie wskoczyl i juz).
wlazlam sama, usiadlam kolo niego, dalam smakolyk, opowiedzialam, ze samochod jest suuuuper (podobno brzmialo to malo przekonujaco, ale chyba uwierzyl
).
posiadzialam. wysiadlam, zamknelam drzwi. spodziewalam sie paniki – a gdzie tam. uszy w gore i rozgladamy sie dookola.
wsiadlam do samochodu. wyplacilam smakolyk. zjedzony, pelnia szczescia (psiego).
no to pojechalismy. miala byc minutka dookola wsi, ale ten glupek radosnie wygladal przez wszystkie dostepne okna i wydawal sie zadowolony, wiec pojechalismy do miasteczka. 10 km. bo Korek uwielbia jezdzic do miasteczka (przechadza sie w tlumie niczym gwiazda filmowa, uprzejmie odpowiadajac na zachwyty przechodniow). kawa w ogrodku na rynku i z powrotem. w drodze powrotnej Korek polozyl sie i zasnal, co nigdy nie udalo nam sie, kiedy jezdzil na kolanach. i wszystko to bez slinienia sie i wiercenia.
no to kolejny problem mamy z glowy. dla mnie kolejne zaskoczenie z dlugiej serii: jak to mozliwe, ze ten pies jest tak prosty w obsludze? i wielka ulga, bo pod koniec wrzesnia czeka nas dluzsza podroz, ktorej nie wyobrazalam sobie z podenkiem na kolanach.